Autonomia robotnicza

Autonomia robotnicza
Aby zapobiec degeneracji ruchu społecznego, włoscy autonomiści zrealizowali koncepcję, wybiegającą o krok dalej od realiów ruchów czy partii oficjalnie kontestujących, lecz rzeczywiście potwierdzających istnienie kapitalizmu, w jego ewentualnie odświeżonej formie i treści. Dokonali analizy z punktu widzenia tych, którzy najbardziej odczuwali agresywny charakter gospodarki.

Marksizm i anarchizm

Marksizm i anarchizm
Upadek marksizmu w sferze politycznej i kompromitacja praktycznej realizacji idei „dyktatury proletariatu”, pociągnęły za sobą ogromne przeobrażenia na płaszczyźnie kulturowej. Ideolodzy systemu kapitalistycznego, mogli więc ogłosić „koniec historii”, ruch rewolucyjny został wyrugowany nie tylko w sensie fizycznym, zniknął również z ludzkich umysłów.

Teorie kryzysu

Teorie kryzysu
Czy kryzysy są wpisane w naturę sytemu kapitalistycznego, czy też są wywołane czynnikami wobec niego zewnętrznymi? Rozstrzygnięcie tego dylematu oczywiście ma spore znaczenie dla postawy, jaką dziś przyjmiemy: odrzucimy system w całości, czy będziemy starali się go jedynie reformować... aby dotrwał do następnego wstrząsu.

Samorządowa alternatywa

Samorządowa alternatywa
Czy w latach 80. istniała w ruchu "Solidarność" samorządowa alternatywa, zarówno dla PRL-owskiego socjalizmu, jak i dla kapitalizmu? Co się z nią stało? Czy samorządowa rewolucja została zdradzona, a jeśli tak to przez kogo? Na te pytania, mające fundamentalne znaczenie dla zrozumienia dzisiejszej sytuacji w Polsce, staramy się znaleźć odpowiedź w "Przeglądzie".


{rokbox title=|Klęska Solidarności :: David Ost| }images/ost.jpg{/rokbox}
Główna myśl pracy Davida Osta „Klęska Solidarności” jest prosta i możliwa do zaakceptowania. „Solidarność” nie tylko zmieniła się ze związku zawodowego w ruch społeczny, a nawet partię polityczną, lecz także zapomniała o swych klasowych korzeniach, więcej – zaczęła je zwalczać, choć było to już raczej sprawką wywodzących się z niej liberałów, dawnej opozycji skupionej wokół Komitetu Obrony Robotników (KOR), później „Gazety Wyborczej” i Unii Wolności (dziś Demokraci.pl). Liberałowie wierzyli, że silny związek może być przeszkodą w budowaniu demokracji rynkowej, bali się też jego nieobliczalności (emocji i to o zabarwieniu narodowo-katolickim), więc uznali, że należy go ograniczać. Zrazu wykorzystywali go jako parasol dla reform rynkowych, a gdy „Solidarność” za sprawą Lecha Wałęsy zaczęła wojnę na górze (spór o władzę w obozie postsolidarnościowym, mający zachować jego dominującą rolę jako wodza), zwalczali ją jako „ciemnogród”. Ogólną tendencją było tłumienie niezadowolenia. Tymczasem zdaniem Osta gniew z powodu wyzysku jest w kapitalizmie czymś naturalnym, nie można go ignorować, musi być zagospodarowany. Może to zrobić formacja odwołująca się doń wprost, wskazująca na wyzysk jako jego źródło. Takie postawienie sprawy nie godzi w demokrację – jak zdawało się liberałom – ani nawet w sam kapitalizm. Pod naporem społecznym wprowadza on reformy socjalne, co pozwala robotnikom wejść w system, zaakceptować go. W przeciwnym razie, gdy nie uzna się ich gniewu, nie zaspokoi ich oczekiwań, czują się zeń wykluczeni i mają za swego wroga. Tymczasem bohaterowie rewolucji 1980/81, w latach 1988/89 to już tylko patologia postkomunistyczna, zaś przeszkodą dla reform okazała się nie polityka władz, a związki zawodowe czy ich irracjonalne (!) przywileje (u nas kapitał nadal nie może pojąć, że za pracę należy się godna płaca i woli szukać taniej siły roboczej w Azji niż odejść od niby-wolnego rynku i ją dać). Pozbawia to robotników nie tylko owoców pracy, ale i moralnych praw do wrażenia swego niezadowolenia z tego faktu.

Dla demokracji parlamentarnej najlepiej byłoby, gdyby wyrażono go na tle klasowym, bo to rozwiązuje realne problemy i daje szansę na społeczny kompromis zamiast budzić zastępcze waśnie kulturowe. Więcej, spór to warunek współpracy kapitału i robotników. Dobry król (właściciel) nie istnieje, burżuj nie dba o swój dobrze rozumiany/wspólny interes, bo na ogół jest krótkowzroczny przez swój egoizm. Taka postawa często ma uzasadnienie ekonomiczne w szerszej skali, bo kto wie czy za rok będzie on miał akcje tej firmy, czy innej – tym m. in. różni się współczesny finansista od dawnego fabrykanta, który czasem dbał o swoich robotników. Demokracja to nie tyle sumienie kapitalizmu, co jego oczy (układ samoregulacyjny, poniekąd wentyl bezpieczeństwa), bo sam (z egoizmu powodowanego żądzą zysku i brakiem poczucia wspólnoty) jest ślepy i idzie w przepaść, doprowadzając do kryzysu. Niestety, społeczeństwo postkomunistyczne ma niską świadomość klasową i przez komunizm, który ją zamazywał, i przez walkę z nim, co sprawiło, że idee klasowe wyszły z mody. Liberałowie są przeciw podnoszeniu kwestii klasowej, bo to wrogie liberalizmowi w sensie ekonomicznym (kapitalizm), nie widzą zaś wagi tego dla liberalizmu w sensie politycznym (demokracja). Niechętni są też emocjom, które zagrozić mogą interesom (myśl liberalna już w oświeceniu uważała biznes za lek na wojny). Wrogowie liberalizmu nie mają tych oporów i bazują tylko na emocjach (dla dobra władzy/wojen, bo taki jest ich nie/ekonomiczny interes, zacofany [niższy] cywilizacyjnie, jak na reakcję przystało). Mówiąc o zagrożeniu demokracji Ost ma na myśli nie likwidację formalnego parlamentaryzmu, a zaprzeczenie jego duchowi (widać to po sztuczkach partii Prawo i Sprawiedliwość, które godzą w „demokratyczną otwartość”, a są niby w zgodzie z literą stanowionego prawa).

Po gniew niezagospodarowany, może więc sięgnąć formacja autorytarna (dawniej totalitaryzm z lewa i prawa, dziś – po ich kompromitacji – fundamentalizm); u nas prawica narodowo-katolicka. I wówczas okazuje się, że to nie kapitalizm jest źródłem gniewu, bo to co istnieje, to nie jest prawdziwy kapitalizm. Wrogiem stają się inni, ale nie na tle ekonomiczno-klasowym, a polityczno-kulturowym; żydzi, układ, pedały, komuchy, islamiści, UE czy co tam jeszcze. Tymczasem walka klasowa to (z punktu widzenia demokracji) najlepsza, konieczna forma organizowania gniewu, konsekwentne rozwinięcie zasad liberalizmu (ego czyli każdy) i ma tą zaletę, że coś z tym można zrobić, bo reguły gry da się zmienić, innego można tylko wyeliminować, więc nie ma jak się dogadać. Prawica woli jednak bić innego, twierdzi nawet, że ten sam system byłby dobry, gdyby rządzili nasi, a nie obcy. W efekcie „Solidarność” nie dbała o osłony socjalne przy wchodzeniu w rynek (i to w jego wersji agresywnej, globalnej, dużo gorszej niż socjaldemokracja trzeciej ćwierci XX w., która tak imponowała swym bogactwem dla każdego). Zamiast tego zajęła się walką z postkomunistami, bo to rzekomo oni byli przeszkodą dla ustanowienia kapitalistycznego raju. Żądała nawet przyspieszenia reform, a tam, gdzie „komuchów” wyeliminowano (w firmach prywatnych, na których nie mogła się już uwłaszczyć nomenklatura) rezygnowała z działalności. Czymś jednak trzeba było zająć masy, skoro nie ma chleba – dać im igrzyska. Dla formacji bardziej katolickich takim czymś stała się obrona życia nienarodzonego, dla „prawicy laickiej” – walka z przestępczością, dziś – korupcją układu. To nic, że Kaczyńscy i spółka sami go stworzyli przy okrągłym stole, na dworze Wałęsy, z jego ramienia kierując „Solidarnością” (Lech), i jej organem prasowym (Jarosław), bo kto to dziś pamięta? Oni zaś, przez Wałęsę porzuceni, muszą się dziś odegrać na układzie, na zasadzie TKM – teraz kurwa my.

A że liberałowie byli za rynkiem i demokracją – ich przeciwnicy razem z wypaczeniami rynku atakują także samą demokrację (nie tyle w sensie formalnym, bo sam parlament to jeszcze nie wszystko, a w sensie jej otwartości na różne mniejszości – dla innych w ich systemie nie ma miejsca, co podważa sens demokracji jako pewnej wspólnoty). Ponieważ elita odwoływała się do racjonalizmu (rynek leży w dobrze pojętym interesie całego społeczeństwa), dla wykluczonych z dyskursu (oszołomy, nie ma alternatywy dla reform rynkowych) argumenty stają się nieistotne, liczy się wyrażenie (choćby najbardziej irracjonalnego) niezadowolenia, a oszołomy stają się idolami mas. Przy tym problem zasadniczy – źródło gniewu, wyzysk – zostaje nienaruszony, a walka z wrogami systemu staje się dlań wentylem bezpieczeństwa. To swego rodzaju perpetum mobile, gdyż gniew nigdy nie ustanie, bo działanie jest nie na temat, a jednocześnie gniew zostaje skierowany na cele zastępcze, więc nie godzi w system, więcej nawet – pozwala bić jego przeciwników. Dlatego nie należy bać się emocji, choć to niby nie pasuje do racjonalizmu epoki demokracji przemysłowej. Trudno jednak oczekiwać od liberałów, że będą budzić emocje wobec rynku, atakować go. Mam wrażenie, że Ost przykłada tu swoją amerykańską miarę do sytuacji w Europie, która nie jest tak czarno-biała jak tam – w USA demokraci to liberałowie i zarazem lewica – u nas lewica jest, a przynajmniej była przeciw kapitalizmowi, liberałowie zaś przeciw socjalizmowi, a nawet socjaldemokracji, więc to całkiem różne odniesienia. Dopiero pojawienie się fundamentalizmu pozwala formacjom liberalnym zacząć grać w tym stylu, ale… często jest to (dla mnie, nie dla Osta) równie nieadekwatne jak z prawa – kwestie obyczajowe, protesty przeciw wojnie z terroryzmem, solidarność z wrogami naszych wrogów etc., co także nie dotyka istoty systemu – choć bywają wątki bardziej adekwatne, jak walka z neoliberalizmem i globalną władzą korporacji. Ogólnie jednak można się z tym zgodzić. Gorzej, że Ost chce uzasadnić to szczegółowo i wtedy zaczynają się problemy, bo widać, że na opis realnego świata nałożyły mu się nie tylko własne widzimisię (emocje, oczekiwania w stosunku do tego, co być powinno etc.), ale i ideologiczny model, do którego przykrawa rzeczywistość.

Problem pierwszy to podmiot gniewu, klasa robotnicza. Choć Ost woli powoływać się na Webera niż Marksa, ewidentnie idzie według linii wyznaczonej przez tego ostatniego. Nie chodzi mu bowiem, o ludzi biednych, czy pracowników najemnych w ogóle, ale o wielkoprzemysłową klasę robotniczą pracującą na produkcji (oraz chłopo-robotników). To oni są jego klasą w sobie (realnie), a powinni być klasą dla siebie (świadomą swoich interesów, walczącą o swe prawa). To oni są główną siłą społeczną i od ich opcji politycznych zależy kształt demokracji (czy też polityki w ogóle). Więcej, w Polsce mają oni być jeszcze ważniejsi przez „Solidarność”,  stanowiącą niby, główną siłę w Polsce przez ostatnich 20 lat po 1980 r. Tyle, że to nie prawda. Po pierwsze, główną siłą była partia komunistyczna i bezpieka, potem także – dołączająca do niej – opozycja, niekoniecznie „Solidarność”. Ta miała przebłyski wielkości za czasów tzw. pierwszej „Solidarności” (1980-1981), kiedy tworzyła Akcję Wyborczą Solidarność (w wyborach z 1997), może także w postaci „Komitetu Obywatelskiego” (1988-1989), ale to wszystko było nietrwałe. Po drugie – i to jest tu najważniejsze – nawet wtedy, gdy zaczynała się ta historia, w Polsce robotnicy stanowili 1/3 zatrudnionych, dziś to ledwie 1/4 (a zatrudnieni to ledwie 1/3 ogółu dorosłych obywateli). Znacznie liczniejsi są bezrobotni, a zwłaszcza emeryci (niemal 1/3 ogółu). Nawet w stosunku do tego, co było „za komunizmu” Ost dokonuje nadużycia, bo dolicza do robotników (na produkcji wszak) całą resztę zatrudnionych na państwowym, dzisiejszą „budżetówkę”, przede wszystkim inteligencję, choć ta miała własne interesy (chodziło jej raczej o swobody niż warunki pracy) i własną historię walki z komunizmem. Dla robotników był to Poznań 1956 r., potem Wybrzeże 1970 r., Ursus, Radom etc. 1976 r. i cała Polska w 1980 r. Dla inteligencji to Warszawa w 1956 i 1957 r., potem 1968 r. Po 1976 r. przyłączyli się do robotników jako Komitet Obrony Robotników, weszli do „Solidarności” jako doradcy, ale nawet tu mieli własne pomysły: odradzali robotnikom postulat Wolnych Związków Zawodowych w sierpniu 1980 r., a potem samoograniczali rewolucję i w końcu zdradzili ich dla układów z władzą w Magdalence. Czasem mam wrażenie, że pomysły na politykę nie uległy zmianie, robotnicy chcieli wyrazić gniew, intelektualiści dogadać się z władzą, a nomenklatura zachować wpływy. Zmieniła się tylko forma ideologiczna, zależna od porzucenia w skali świata socjalizmu/socjaldemokracji dla neoliberalizmu, i ambicje w przekształcaniu czy obronie całego systemu lub tylko swego miejsca w nim, co poniekąd pasuje do powyższego; w socjalizmie dbano o wymiar wspólny, na rynku tylko o siebie.

Tu pojawia się sprawa dla książki Osta zasadnicza, a mianowicie zdrada (ideałów) „Solidarności” przez liberałów. Ponoć w 1980 r. na serio wierzyli oni w robotników walcząc z komunizmem (wspólny wróg, fascynacja siłą), a dopiero z czasem im to przeszło. Wtedy też postawili na rynek, zamiast oddolnej samoorganizacji społeczeństwa obywatelskiego, jako bazę demokracji, zrozumieli bowiem, że masy mogą być dla niej zagrożeniem. Jednak według Osta to ocena błędna, było dokładnie na odwrót – to brak możliwości wyrażenia gniewu mas był i jest dla demokracji zagrożeniem. Wspomniana zdrada miał dokonać się około 1985 r., co moim zdaniem jest nieporozumieniem, bo grupy te (robotnicy i inteligencja) miały od zawsze różne interesy i różne dzieje swej walki z komunizmem (nie brakło przy tym taktycznych sojuszy, jak po 1976 r., ale i wzajemnych nieporozumień, jak w 1968 i 1970). Jak wspomniałem, intelektualiści odradzali robotnikom walkę o WZZ, sugerując wejście w oficjalne związki zawodowe – nie rozumieli, że ten pomysł był już przerabiany po 1970 r., że wtedy też w końcowej fazie walk robotnicy odkryli Międzyzakładowe Komitety Strajkowe i WZZ jako zasadniczy swój postulat, bez którego cała reszta nie miała sensu – tylko własna organizacja mogła pilnować, by władza znów nie zapomniała, co obiecała strajkującym. Potem cały czas doradcy powstrzymywali „Solidarność” od strajku generalnego, samoograniczając rewolucję i wierząc w dogadanie się z reformatorską frakcją w partii, co w końcu udało im się zrealizować po rozbiciu „Solidarności” w stanie wojennym. Póki związek był ruchem oddolnym, nad masami nie dało się zapanować, doły dążyły do konfrontacji, nie chcąc ustąpić tym razem ani o krok. Ale stan wojenny położył kres demokracji wewnątrz związku, wykreował liderów podziemia, zwłaszcza zaś grającego rzecznika całej opozycji Lecha Wałęsę. W drugiej połowie lat 80. rząd komunistyczny dojrzał do ugody, nie będąc w stanie dalej rządzić, nie mając szans na poparcie z Moskwy, gdzie zaczęła się pierestrojka i pragnąc jak najszybciej dorwać się do po-państwowego mienia, przekształcając je w prywatną własność. W odpowiedzi Wałęsa zamiast związku powołał do życia Komitet Obywatelski „Solidarności” i obsadził go doradcami. Radykałów w stylu Andrzeja Gwiazdy wyeliminowano przez przemilczenie, pomówienia, a nawet więzienie (Gwiazda tuż po wyjściu z więzienia, gdzie przesiedział parę lat po 13 grudnia 1981 r., został ponownie aresztowany na rok, bo i władzy był nie na rękę w ich układach).

Liberałowie otwarcie mówili, że stawiają na (nie istniejącą!) klasę średnią, a realny proletariat nie ma już na co liczyć, żadnych komunistycznych przywilejów. To coś jak z komunizmem, który w Trzecim świecie, gdzie dominują tereny wiejskie, stawia na nieistniejący proletariat (ustami tej samej inteligencji). Ost uważa jednak, że wolta „Solidarności” to nie był spisek (oszukanie robotników przez intelektualistów), gdyż istnienie spisku zakłada jakiś plan działania, a to po prostu się działo, w 1980 r. zaś jajogłowi naprawdę kochali się w proletariuszach. Ost nie wyjaśnia jednak, dlaczego ich potem zdradzili?! Bo nie stawili oporu po ogłoszeniu stanu wojennego, a myślicielom imponuje tylko siła? Ależ sami ich od tego odwodzili już od 1980 r., a nawet wcześniej. Świadczy o tym popularna myśl by nie palić komitetów, a zakładać własne. Później ogarnął ich strach, gdy robotnicy faktycznie zaczęli to robić – KOR chciał wycofania się z idei WZZ, gdy podjęli ją działacze ze Śląska i Gdańska – i że się przy tym upierali w Sierpniu 1980 r. Wreszcie za sprawą doradców wciąż odwoływano przed i po 13 grudnia strajk generalny, samoograniczając rewolucję i czynnie gasząc strajki. Takie było zresztą zadanie TW (tajnych współpracowników służby bezpieczeństwa). Ost – wzorem swych przyjaciół, liberałów – jest przeciwnikiem lustracji, nie rozumiejąc, że nie tylko na kłamstwie nie da się niczego budować, a przede wszystkim tego, że bez ujawnienia teczek zawsze będzie można nimi grać. Tak więc kwestia zostaje niewyjaśniona i nie da się wykluczyć może nie spisku, ale intencji czy sojuszu taktycznego – w walce z „komuną” wszyscy byli równi, potem interesy się różnicowały. Intelektualiści zapomnieli o tym społeczeństwu powiedzieć – co jest ich zadaniem, rolą społeczną i racją bytu – czy też powiedzieli niezbyt jasno, a masy wolały wziąć to za dobrą monetę i zdać się na elity niż same rozpoczynać walkę na nowo. Elita, jak zwykle, sądziła, że wie lepiej, co jest dla nich dobre, nawet działając wbrew nim – tak i bolszewicy mówili, że po piekle rewolucji nastanie raj na ziemi, kiedyś... Ost nie ma przy tym racji, gdy mówi, że w 1989 r. nie wszystko było tu jasne – było! I my (anarchiści i inne grupy radykalne, w tym nieliczni młodzi robotnicy) już w stanie wojennym, a nie dopiero po 1989 r., atakowaliśmy za to kierownictwo „Solidarności”.

Jak wspomniałem, Ost nie wyjaśnia też nigdzie przyczyny wolty liberałów, ani ogólnego zwrotu w prawo, a przecież nie/wyrażony przez nich gniew mógłby owocować lewacką rewoltą, a nie tylko reakcją radykalnej prawicy. Zamiast wyjaśnienia, próbuje wcisnąć to w ideologiczny model. Dla mnie odpowiedzią są owoce 13 grudnia, załamania się demokracji masowej dla elitarnego podziemia. Innym, równoległym wyjaśnieniem może być kwestia ustroju i jego przemian, czy cykli wzrostu, bycia centrum czy peryferiami cywilizacji. Pierwsza i trzecia ćwierć XX w. to koniunktura i rozwój praw i państwa socjalnego, druga i czwarta to kryzys i nawrót do reakcji: totalitaryzmu/neoliberalizmu. Klapa socjalizmu (zwłaszcza w umysłach inteligencji) pozbawiła robotników lewicowej odpowiedzi na wyzysk, pozostał im prawicowy erzac. Wałęsa już na jesieni 1989 r. oddał „Solidarność” Kaczyńskim, więc może ta orientacja nie przydarzyła się, a po prostu została zrobiona. Tak czy inaczej, liberałowie zawsze mieli swoją walkę i nie mogli zdradzić robotników, co najwyżej udało im się wcisnąć swój uniwersalny kit zamiast klasowego mitu proletariatu. Ost zauważa, że rządzący – czy to komuniści, czy burżuje – zawsze odwołują się do bajki o wspólnym interesie całego społeczeństwa, który reprezentują oczywiście oni – partia czy banki – gdy naprawdę jest to taki sam egoizm klasowy, jaki powinni w swoim imieniu i w swoim interesie realizować robotnicy. Mam tu dwa zastrzeżenia. W końcu lat 80., inaczej niż w 1981 r., robotnicy uwierzyli liberałom (a potem fundamentalistom), bo... nie prowadzili już własnej walki, nie mieli więc już własnego mitu. Strajki w 1988 r. były niemrawe i nie miały poparcia nie tylko ogółu społeczeństwa, ale nawet „Solidarności”. Grupy radykalnej młodzieży spoza związku musiały wciągać do nich Wałęsę „za uszy”, a poszedł na to dopiero, gdy zrozumiał, że da mu to atut w układach z władzą. Strajkowało ledwie kilka zakładów (i uniwersytet gdański), a na strajkach było nieraz niemal tyle samo osób z zewnątrz, co z załogi – prawie wszyscy młodzi, nie zawsze pozytywnie odnoszący się do władz „Solidarności”, aktywni dotąd głównie na ulicy (z przemocą i bez). Liberałowie wybierający układy z komunistami realizowali swoją koncepcję zmian w imię swoich interesów, a jeśli było tu jakieś nadużycie, to fakt, że robili to pod szyldem „Solidarności”. Parasol dla reform odciągał związek od jego własnych, właściwych mu zadań, obrony ludzi pracy przed skutkami tychże reform. Ost sądzi, że tak powinna działać „Solidarność”, klasowo, a nie w imieniu całego społeczeństwa dla budowania demokracji rynkowej.

I tu moje drugie zastrzeżenie, bo dlaczego „Solidarność”, reprezentując ponoć większość społeczeństwa (a zdaniem Osta robotnicy ją stanowili) nie miała występować w swoim, tj. ogółu imieniu, pretendować do budowania swego systemu, a nie tylko kontestowania wad cudzego?! Problem nie w tym, że „Solidarność” robiła za społeczeństwo, nie zaś tylko jedną klasę, ale w tym, że nie realizowała swego (a nie liberałów) programu, ideału „Samorządnej Rzeczpospolitej”, który przyjęła na swym I zjeździe w 1981 r. i który przekształciła wówczas w prawo uznane nawet przez władze („Ustawa o samorządzie pracowniczym w przedsiębiorstwie państwowym” z września 1981 r., która przekazywała władzę w fabrykach robotnikom, co uniemożliwiało ich zawłaszczenie przez nomenklaturę i co stało się jednym z powodów zamachu 13 grudnia). Dla Osta taka alternatywa jednak nie istnieje, robotnicy powinni wyrzec się utopii i walczyć o realne interesy na rynku, gdzie produkcję organizuje kapitał. Cóż, dla mnie zarówno socjaldemokracja, jak i parlamentaryzm nie usuwają głównej wady systemu, alienacji – człowiek nadal nie jest podmiotem ani w polityce, ani w pracy, może co najwyżej walczyć o warunki, na jakich inni nim rządzą. Ale „Solidarność” nie realizowała nawet tego programu minimum. I z tym zarzutem Osta trudno się nie zgodzić, bo związek – jeśli nie było go stać już na realizację swoich wartości, powinien zadbać chociaż o interesy – zamiast sięgać po władzę (dla innych, nie dla swoich członków) walczyć o podwyżki i prawo pracy korzystne dla robotników. Tymczasem „Solidarność” to ignorowała, póki rządził jej rząd nie zmieniono komunistycznego „Kodeksu Pracy”, nie zablokowano też popiwku (podatku od ponadnormatywnych wynagrodzeń, który sprawił, że koszta inflacji przerzucono na robotników, bo za każdą złotówkę ponad normę pracodawca musiał płacić wielokrotnie więcej państwu, co oznaczało, że albo zakład zbankrutuje, albo płace pozostaną daleko w tyle za kosztami utrzymania). Dopiero postkomuniści z Sojuszu Lewicy Demokratycznej, gdy zdobyli władzę w 1993 r., znieśli popiwek i wprowadzili nowy „Kodeks Pracy”.

David Ost pisze, że był nawet taki moment, w którym wydawało się już, że „Solidarność” wraca do swych klasowych korzeni. Pod naciskiem dołów związkowych, widząc przy tym, że traci popularność (dramatyczne zmniejszenie liczby członków), na przełomie 1992/1993 r. zaczęto upominać się o sprawy robotnicze. Rząd solidarnościowy o orientacji liberalnej stwierdził, że spełnienie żądań wymagałoby zmiany budżetu, a na to nie można się zgodzić (nie ma alternatywy dla reform, bo... nie). W efekcie posłowie związku, wraz z opozycją doprowadzili do upadku rządu, rozwiązania sejmu i przedterminowych wyborów, które – ku zdumieniu wszystkich – wygrali postkomuniści (na prawicy było wiele różnych partii, które żrąc się między sobą nie przekroczyły nowo uchwalonego progu wyborczego 5%, mimo iż w sumie zdobyły 1/3 głosów). „Solidarnością” przegrana wstrząsnęła tak, że... porzuciła walkę o sprawy pracownicze i zajęła się polityką. Najpierw próbowano robić strajki przeciw SLD, ale reformy pro-społeczne nowego rządu (który dawał nieraz więcej niż żądano) nie sprzyjały budowaniu oporu na gniewie klasowym, więc szybko wybrano inną drogę. „Solidarność” nie tylko odmówiła współpracy w komisji trójstronnej (rząd, związki zawodowe i pracodawcy), co zresztą kontynuowała po powrocie do władzy w 1997 r., lecz także zmieniła przedmiot sporu. Zamiast o płacach zaczęła mówić o przerywaniu ciąży etc., a potem organizować w oparciu o struktury związku, kosztem działalności, nową prawicową partię polityczną – Akcję Wyborczą Solidarność.

Nowy szef związku, zrazu akcentujący sprawy pracownicze – po klęsce prawicy w 1993 r., a zwłaszcza po klęsce Lecha Wałęsy w wyborach prezydenckich w 1995 r. – ujrzał się nagle jako polityczny zbawca i nowy wódz zjednoczonej prawicy. Marian Krzaklewski, bo o nim tu mowa, zaczął przy tym przyjmować niektóre hasła skrajnej prawicy, choć wyrażone w bardziej cywilizowanej formie. Na czele radykałów stał wówczas działacz „Solidarności” z Ursusa, Zygmunt Wrzodak, który doprowadził do pierwszych od upadku PRL ulicznych starć robotników z policją, miał w „Tygodniku Solidarność” własną wkładkę, gdzie propagował jawny antysemityzm etc. Politycy ujrzeli, że radykał może być kimś więcej niż oszołomem, może zdobywać popularność. Ost miesza tu jednak uprzedzenia swoje – czy też swoich faworytów, liberałów – z realną oceną rzeczywistości i w jednym szeregu z Wrzodakiem stawia Andrzeja Leppera i „Samoobronę”. Tyle tylko, że jej populizm był jak najbardziej  lewicowy, wyrażał gniew przeciw wyzyskowi wprost (rolnicy protestowali przeciw spirali długów wobec banków), a nie przeciw żydom i masonom.

To w ogóle szerszy problem książki, Ost nie raczy widzieć także „lewaków”, anarchistów czy nawet WZZ Andrzeja Gwiazdy dopóty, dopóki nie doceni ich „Gazeta Wyborcza”, dlatego zmiany w sferze idei zaczynają się dla niego dopiero w początkach naszego wieku, choć realnie alternatywa dla liberałów i populistów istniała zawsze i nic tu się nie zmieniło poza... oficjalnym uznaniem. Widać, takie podejście bardziej mu pasuje, bowiem pozwala uniknąć odpowiedzi na pytanie, dlaczego masy nie skorzystały z innej formy kontestacji systemu niż ta, którą ofiarowała im skrajna prawica. Czy może było tak, że masy (w swym najbiedniejszym i najbardziej biernym odłamie) były prawicowe od zawsze, a nie stały się takie dopiero przez liberałów. To zaś burzy cały model ideologiczny, który Ost konstruuje. Z drugiej strony pojawia się pytanie – czy nie jest tak, że grupy radykalne i ruchy alternatywne popełniły błąd zostając poza układem, nie dając się poznać nie tylko Ostowi – pal go sześć – ale i szerszej publice? A z drugiej strony, czym na serio byłyby one wchodząc w układ, jak nie kwiatkiem do kożucha? Bo co w końcu uzyskała „Samoobrona”, nie mówiąc już o np. „Zielonych 2004”.

Nagonka na populistów w latach 90. niewiele dała, choć trzeba przyznać, że z czasem na popularności zyskali ci, co umieli nad emocjami zapanować, jak Prawo i Sprawiedliwość (to zresztą dużo szersza kwestia; czy grać w emocje? Ponoć ludzie w Polsce wolą, wartości niż interesy, a w ciągu ostatnich 2 lat ilość postaw konserwatywnych wzrosła w Polsce z 40 do 50%, jednocześnie nadal 80% Polaków wybiera egalitaryzm, a media sprzyjają raczej tym, co mówią niż krzyczą. W sumie najlepiej wypadają ci, co stoją w pół drogi między zadymą, a powagą w polityce). Oznacza to jednak, że politycy, którzy chcą zdobyć władzę i trwale ją sprawować, nie będą robić niczego, co pozwoliłoby uznać ich rządy za nieobliczalne. Dlatego PiS nie realizował ani swego programu, ani żądań koalicjantów, zadowalając się posiadaniem władzy i cały aparat państwa przestawiając na realizację permanentnej kampanii wyborczej, gdzie za biedę odpowiada układ, a nie kapitał, którego się nie tyka, czy tym bardziej ich własna władza.

Kolejne rządy coraz bardziej ulegały żądaniom swych frakcji liberalnych. W zamian za poparcie koalicji z liberałami AWS zapłacił ministerstwem finansów dla ich przywódcy, symbolu negatywnych skutków reform, Balcerowicza. Jego program (na dobre rozpoczęty przez rząd komunistyczny jeszcze w połowie lat 80.) kontynuowało też SLD, które wróciło do władzy w 2001 r. Coraz więcej było też afer, które uwiarygodniały opowieści PiS o układzie (tak, jakby kapitalizm możliwy był bez afer). W efekcie władze zmieniały się jak rękawiczki, wahadło latało to w lewą, to w prawą stronę – ludzie głosowali bowiem nie na jakąś partię (a tym bardziej na program), ale przeciw tym, co aktualnie rządzili. Przegrała i „Solidarność”, co jeszcze przed upadkiem AWS skłoniło związek do oficjalnego cofnięcia poparcia dla partii. Według Osta to – a także pojawienie się nowych działaczy, którzy nie odnoszą się do czasów PRL, ale do obecnego kapitalizmu – pozwoliło na pojawienie się w początkach XXI wieku autentycznych działaczy związkowych, w centralach typu OPZZ i „Solidarność”, dużo mniej skłonnych do politycznego zaangażowania teraz, po klęsce swych partii. Pojawiły się też nowe przestrzenie aktywności związkowej, jak markety, praca na zlecenie, samozatrudnienie etc. Ale nawet Ost widzi, że po chwilowym ożywieniu niewiele się zmieniło, ludzie nadal nabierają się na politykę (dziś widać to szczególnie, gdy upolitycznia się wszystko, wybory budzą niezdrowe emocje, a idą w to także ci, których poprzednio tu nie było, jak Polska Partia Pracy stworzona na bazie WZZ „Sierpień '80”, a na samo głosowanie wybrała się nawet część młodych anarchistów). Aktywniejsi emigrują do krajów Unii Europejskiej, co stało się wentylem bezpieczeństwa dla władzy i nie tylko zahamowało bezrobocie, ale sprawiło, że fachowcy stali się z tego powodu docenieni i bez walki o swoje. Za to bić musi się „budżetówka”, szczególnie ci, co na początku nabrali się na solidarność (dawniej kolej, szkoły czy lekarze nie strajkowali, bo zabraniała im tego etyka zawodowa i... solidarność – robili to za nich inni, ale – zakaz strajków solidarnościowych, na co zgodziła się „Solidarność” przy okrągłym stole, oraz dominujący w kapitalizmie egoizm sprawiły, że zostali na lodzie i gdy inni, gorzej lub lepiej, wydzierali swój kawałek sukna, oni czekali na łaskę – dziś mają tego dość, stąd protesty tych właśnie grup społecznych). W efekcie inteligencja (nauczyciele i absolwenci szkół wyższych) może być bardziej sfrustrowana niż robotnicy, bo dziś to im mówi się o ich roli (wykształceniu), jak za realnego socjalizmu o proletariacie, co najczęściej nie ma pokrycia w ich realnej pozycji społecznej.

Wracając do kwestii, czy inteligencja zdradziła robotników, trzeba by się zastanowić, czy robotnicy nie zdradzili jej, swych ideałów i samych siebie? U nas od zawsze istniała tendencja do zrzucania wszystkiego na żydów i masonów, którą zaostrzył stan wojenny i załamanie demokracji, zejście ogółu do krucht kościelnych i uznanie, że Polak to katolik. Ost wyraźnie nie docenia tego momentu, dla niego istnieje jakaś ponadczasowa inteligencja, klasa robotnicza i ich „Solidarność”, a w pewnym momencie z niejasnych powodów (u Osta nie ma wyjaśnienia tej kwestii) wszyscy nagle dokonują wolty z lewa w prawo. Tymczasem to stan wojenny był motorem tych przemian, a część z nich była wręcz jego celem: rozbicie więzi społecznych, szczególnie samoorganizacji społeczeństwa, co dało bazę dla prawicowych emocji – egoizmu rynkowego z jednej, a szukania pocieszenia w wierze z drugiej strony – i było powodem utraty wiary we własne siły. Porzucenie utopii, dla Osta jest rozsądne, ale daje skutki odwrotne od przezeń oczekiwanych: zamiast walczyć o swoje na niwie klasowej, ogół zdaje się na silne jednostki, jeśli idzie o bierne masy. Jeśli idzie zaś o elitę i tych, którzy do niej aspirują, walczy o swoje sama, przeciw innym, a nie z nimi przeciw systemowi. Dla mnie ważniejsze jest jednak pytanie, kto zdradził Solidarność jako ideę ludową (samorządna rzeczpospolita, syndykalizm)? Według Osta inteligencja sprzedała ją dla liberalizmu (rynku) i to dało wolną rękę do zagospodarowania gniewu ludu przeciw rynkowi przez radykalną prawicę (widać tu genezę systemu dwubiegunowego z udziałem samej prawicy, liberalnej i populistycznej, w stylu Platformy Obywatelskiej z jednej, a PiS z drugiej strony).

Ogólnie rzecz biorąc jest w tym trochę racji, ale nie można zapominać o tym, że dziś idee lewicowe (nazwijmy to „lewackie”, by nie mieszało się z lipą w stylu SLD czy Lewicy i Demokratów) wyznaje głównie młoda inteligencja (oczywiście nie cała), a nie robotnicy. Oni też zdradzili program „Solidarności” (a nawet samą solidarność, jako zasadę), dla walki o wyższe płace na konsumpcję w świecie pop-kultury i zastąpili ją ideologią wykluczenia obcych zamiast wspólnoty ogółu. Autor walkę o płace ceni jednak bardziej niż ideę samorządnej rzeczpospolitej i próbę szukania trzeciej drogi poza dualizmem „komuny” i kapitału. Wierzy bowiem, że prawidłowo ustawiony konflikt klasowy służy otwarciu się demokracji na masy, a utopie odrzuca, sądząc zapewne, że jej zagrażają tak jak totalitaryzm. Nie rozumie tego, że wszystko zależy od ich orientacji, odgórnej w totalizmie, oddolnej w samorządności i anarchizmie. W tej sytuacji nie można jednak oczekiwać, że to liberałowie za robotników staną do walki z kapitalizmem, choćby na ich czele. Inteligencję może bawić budowanie utopii, ale dlaczego (rezygnując z tego) miałaby porzucić swoje emocje i interesy dla realizacji cudzych (to samo w drugą stronę odnosi się do robotników)? Można oczywiście uznać, że jest to sprzedaż wiązana, za poparcie przez inteligencję walki z liberalizmem ekonomicznym (dzikim kapitalizmem bez osłon socjalnych) robotnicy poprą walkę o liberalizm polityczny (z autorytaryzmem wykluczającym innych na tle kulturowym). Tylko jak wybiec poza egoizm klasowy bez próby ujęcia uniwersalnego. A to nie wszystko, bowiem wbrew swym deklaracjom, autor „Klęski Solidarności„ próbuje sprzedać program klasowy jako uniwersalny, tyle tylko, że inaczej ustawiony niż czynią to rządzący w komunizmie czy kapitalizmie. Chce połączyć program inteligencji i robotników, tak jak łączyła to „Solidarność”, ale bez tego negatywnych skutków (robotnicy uwierzyli, że orientacja intelektualistów na rynek głoszona pod szyldem „Solidarności” jest ich, a gdy się okazało, że to nieprawda – kupili nową narrację – o tym, że w interesie każdego z nas, a nie tylko odwetu reakcji, jest walka z układem). Ost twierdzi, że ktoś musi wskazać robotnikom właściwego wroga klasowego, inaczej bowiem nigdy z klasy w sobie nie staną się klasą dla siebie. Tymczasem jest to od początku nieprawdą – już w komunizmie, gdy inteligencja (opozycji nie wyłączając) chciała się z władzą dogadać, robotnicy wiedzieli, że trzeba ją kontrolować (temu miały służyć WZZ, a krokiem dalej były samorządy, odbierające władzy wpływ na wiele spraw w zakładzie i życiu społecznym w ogóle). Pogubili się w stanie wojennym, gdy zaczęli słuchać liberałów, potem wodzów, a przestali rozmawiać ze sobą i działać sami – w tym sensie był on zwycięstwem elit.

Kiedyś postępem było państwo, dziś rynek – ci, co byli za otwarciem się nań, poszli w kapitalizm, a ci, co żerują na reakcji przeciw niemu, idą w etatyzm, choć realnie nie ma dziś kapitalizmu bez państwa i vice versa. Wątpliwe jest, by ktoś – może nie tyle uczciwy, co racjonalny – chciał się zająć owocami tego, co popiera (nierówności społeczne, autorytaryzm kadry), a nawet gdyby się zajął, to byłoby to coś więcej niż próżne gadanie (widać to po SLD). Inaczej jest z budzeniem emocji (obcy, układ etc.), bo te są niemożliwe do zweryfikowania (w teorie spiskowe wierzy się lub nie, lecz niczego z nich nie doświadczymy w życiu, inaczej niż pustego czy pełnego portfela). Ale może zdarzy się cud, inteligencja przypomni sobie o swej misji społecznej, przemówi do mas ludzkim głosem, a te ją wysłuchają i zrobią socjaldemokrację. Czy to rozwiąże problemy współczesnego świata, czy pozwoli wyjść poza system? Ost oczywiście nie ma takich ambicji, ale bez przekroczenia alienacji zawsze rządzący trój-panowie jako właściciele środków produkcji będą mogli grać w rynek globalny, właściciele środków komunikacji sprzedawać nam jedynie słuszne uzasadnienia tego, a właściciele środków przymusu przywrócić porządek, gdy sytuacja wymknie się spod kontroli. Sama przemoc nie na wiele by się zdała, nie da się długo siedzieć na bagnetach, ale władze oprócz kija mają i marchewkę – konsumpcję dóbr i (coraz częściej – zamiast nich) informacji (idei, gry). Jak uwolnić się od nich nie rezygnując z marchewki, czy też nie podejmując prób hodowli własnej, by trzymać się dalej tej analogii?! Sądzę bowiem, że dziś najważniejszym polem walki nie jest produkcja (zysk czy zapłata za nią i to, kto tu górę weźmie), ale właśnie konsumpcja, nasz stosunek do niej, (odmowa) udział(u) w spektaklu, który już dawno przekroczył (na Zachodzie) kwestię zaspokojenia potrzeb (zatrzymanie cywilizacji może być wręcz kwestią jej przetrwania, bo dziś człowiek niszczy może nie życie na Ziemi w ogóle – na to jest na szczęście za słaby – ale jego ład i swoje w nim miejsce). Oczywiście inaczej jest w Trzecim świecie, nawet u nas poniekąd, bo przerabia się tu minione etapy historii, nadrabia zaległości, ale i tu wcześniej czy później trzeba będzie stanąć oko w oko z problemem i zastanowić się jak można wyjść poza spektakl (czy uratować środowisko). Wyszło mi też, że trzeba zawsze (w ciągu: kultura – polityka – gospodarka – duchowość/życie pełne) mierzyć o stopień wyżej, jak się chce stworzyć coś trwałego (tymczasem Ost chce się cofać w stronę polityki). Bez tego skazani będziemy na udział w grze, którą narzuca nam system, targując się o warunki udziału w niej, ale te zawsze określa autor gry (my zaś za to płacimy cenę).

Dotyka to kwestii zasadniczej, a mianowicie systemu wartości (a nie tylko interesów), bo nie grając nie możemy przegrać (ani wygrać), ale możemy być wolni, jeśli umiemy stworzyć własną grę samemu (obok) lub z innymi (zamiast systemu). To tu rodzą się prawdziwe emocje. Ost uznał, że wartości są z góry dane, że najważniejsza jest walka klas (o pieniądze na konsumpcję – nie wiem, czy przyznałby to wprost), a cała reszta to zasłona dymna. Z drugiej strony ceni demokrację jako wspólnotę (włączającą tak biednych klasowo, jak i innych kulturowo). Co jednak zrobić, gdy konflikt ma charakter polityczno-kulturowy, np. etniczny, a nie tylko ekonomiczno-społeczny? W ujęciu Osta np., konflikt w byłej Jugosławii to reakcja na biedę w wyniku wprowadzenia w latach 80. reform rynkowych (tak, jakby w socjalizmie nie było biedy, a reformy nie były reakcją na jego gospodarczą nieudolność). Niepodległość według niego, była sposobem władz republik na uchylenie się odpowiedzialności za to i zrzuceniem jej na centralę. Tyle tylko, że to Jugosławia (Serbia) najostrzej grała tą kartą, a najbiedniejsza Macedonia wcale. Najsilniejszy separatyzm pojawił się tam, gdzie do starć na tym tle dochodziło już kilkanaście lat przedtem, w Kosowie, Chorwacji i bardzo bogatej (nawet według standardów zachodnich) Słowenii, w 1968, 1970 i 1971 r., a więc niezależnie od reform rynkowych (za to dziwnie zbieżnie z niepokojami w Polsce). U nas konflikt miał o wiele silniejszy charakter społeczny, ale i tu niepodległość stanowiła bazę ideową, a czasem wprost motor do wydarzeń (tak było w 1956 r., gdzie w paru miastach doszło do ataków na sowieckie placówki, jak i w 1980 r., gdzie strajk lipcowy zaczął się od przyspawania do torów wagonów z deficytowymi towarami jadącymi na olimpiadę w Moskwie). Rzecz w tym, iż Ost popełnia typowo marksistowski błąd i sądzi, że panowanie może odbywać się tylko na bazie klasowej, a nie kulturowej czy politycznej (choć potrafi rozróżnić te wymiary, pisząc o liberalizmie ekonomicznym i politycznym, jednak ustawia je hierarchicznie, mając pierwszy z nich za ważniejszy).

Upadek komunistycznej cywilizacji (formy egzystencji i emocji) to według Osta przejście od spokoju do niepokoju. Dla mnie silniej działać powinno to na Zachodzie, gdzie państwo socjalne zmieniło się w neoliberalny rynek korporacji, niż u nas, gdzie kryzys był permanentny i przedtem, choć zmienił się jego kształt (różnie dla różnych ludzi, dobrze lub źle). Według cytowanego przez autora Kena Jowitta ludziom trzeba nie tylko instytucji (rynku, sejmu), ale i emocji, obrazu (ładu) świata, sensu życia. Na konsumpcję – jego erzac – się nie załapali. W chrześcijaństwie było nim niebo, w „komunie” – postęp, a u jej schyłku – walka przeciw niej, teraz tego zabrakło. Liberalizm nie ma oferty dla nieudaczników, to świat silnych, baza cywilizacji, a nie kompensacja niedostosowania do niej (czy chrześcijaństwo i socjalizm to cywilizacje niedorozwoju? Pewnie tak). Liberalny kapitalizm, racjonalizm i egoizm negują etykę heroizmu, podziwu i tajemnicy, co rodzi reakcję taką jak np. romantyzm, komunizm, faszyzm i fundamentalizm – co jedno to gorsze, także w sensie bezsilności (mniej energii i nadziei). Tak samo jest dziś, po 1989 r., gdy rodzą się ruchy wyrażające gniew, nihilistyczna reakcja na to, że cud jest nie dla każdego, nie ma prawa i sprawiedliwości. Ale czemu nie ma to form „lewackich”? Czy wynika to z narodowo-katolickiego charakteru i bazy ideologicznej mas, których nie zmieniła (choć dla lewaków i liberałów przysłoniła) syndykalistyczna praktyka pierwszej „Solidarności” (źle widziana w obu ustrojach i przez nie zwalczana), a bez niej wyszło szydło z worka (Ost sam przyznaje, że wg badań 1/3 elektoratu zawsze będzie głosowała na „ciemnogród”, bez względu na to, co zrobi lewica i liberałowie). A może jeszcze inaczej, na prowincji tak było zawsze, ale ona nic nie znaczyła, gdy szło o czyn, np. strajki czy walki uliczne, doszła za to do głosu dziś, gdy każdy może w wyborach brać (dość bierny) udział i każdy głos (statystycznie) się liczy przy wielkiej liczbie mieszkańców wsi i miasteczek, kiedy dodać ich do niezadowolonych w dużych ośrodkach po-przemysłowych, a ilość bierze górę nad jakością, na zasadzie odwetu za brak udziału w cudzie. To nie jednolitość kulturowa i włączające dziedzictwo „Solidarności”, a nieudolność sprawia, że para idzie w gwizdek – gdzie wybory są wentylem bezpieczeństwa, zamiast tradycyjnych wybuchów społecznych co 10 lat, bo aktywni odnieśli sukces albo wyjechali na Wyspy, a zostały marudy, co nie „zadymią”, a oddadzą głos na tego, kogo wskaże ojciec Rydzyk.

W Jugosławii bez tradycji obywatelskich „Solidarności”, powiada Ost, gniew zmieniono w wojnę etniczną (w Czechach i Rosji nie doszło do walk, bo naród dominujący pozostał takim i po rozpadzie federacji). Ileż tu nieścisłości! Dominację zachowali Serbowie w Serbii, a wojna była, bo się nie chcieli pogodzić z rozpadem Jugosławii. Tak samo w Rosji, która z oporem i po starciach ustąpiła z republik federacyjnych, z autonomicznych, jak Czeczenia, nie chciała i tam wojna trwa, a Putin na niej robi karierę. Walki na tle etnicznym w Jugosławii, jak wspomniałem, były i przed reformami, gdy u nas szło w tym czasie o kulturę inteligencji i godność pracy robotników. No i w Rumunii, co sięgała po przemoc w czasie rewolucji i ma masę mniejszości, nic takiego się nie zdarzyło, bo etniczne podziały dotknęły na prawdę tylko kraje federacyjne, o uświadomionych tendencjach narodowych wśród mniejszości etnicznych! U nas nie ma bazy dla konfliktów etnicznych (niedaleko zajechał na tym Moczar w 1968 r. czy narodowcy po 1989 r.), zostaje lustracja układu i fundamentalizm wiary. Trudno sobie wyobrazić emocje z drugiej strony. Nie jest nią raczej otwartość, bo ucisk jest już/jeszcze za słaby (łatwiej byłoby wzbudzić je tu, gdyby rządził LPR, a nie PiS), ani otwarta krytyka systemu, bo ten jej nie toleruje tak bardzo, jak egzotycznych ideologii nieatakujących go wprost. Zresztą liberałowie z PO, SLD etc. jako beneficjenci systemu, nie są krytyką systemu zainteresowani, nawet kosztem realnej demokracji, więc nie ma czym grać – na społeczną skalę (choć ideowe getta mają swoje problemy – obronę praw mniejszości etc.). Oznacza to, że nie da się grać kwestią nie istniejącą (a skoro coś istnieje, nie jest tylko erzacem walki klas, a realnym problemem).

Jak w wielu innych przypadkach, od obcych modeli ideologicznych wolę nasze idee, tu konkretnie teorię trój-panowania Leszka Nowaka. Władza może bazować na własności środków produkcji, przymusu bądź komunikacji. Są oczywiście momenty ważniejsze i mniej ważne, pewna zmieniająca się w czasie piramida wartości panowania (w społeczeństwach pierwotnych, aż po średniowiecze dominowała religia, w imperiach, nowożytności i totalitaryzmie przymus, a dziś ekonomia, choć coraz bardziej idzie o kontrolę nad konsumpcją, niż produkcją). Jednocześnie w każdej epoce, na każdym etapie rozwoju wszystkie trzy formy panowania współistniały ze sobą. Nie jestem jednak pewien czy w dobie informatyki cywilizacja i forma władzy nad nią nie zatacza nowego koła, gdzie znów najważniejsza będzie kultura (albo inaczej – władza i walka przeciw niej o wolność będzie musiała się toczyć na wszystkich polach jednocześnie). Oczywiście upłynie jeszcze sporo czasu nim każdy będzie mógł zostać punkiem z Tymczasowej Strefy Autonomicznej Hakim Beya i „pieprzyć wszystko”, ale już dziś trzeba brać to pod uwagę. Nie sądzę też wcale, że robotnicy nie powinni walczyć o swoje, czy też, że demokracja nie ma ich popierać – idzie o to, że to już nie wystarczy by miała się ona dobrze.

Dziś kapitał ma charakter światowy, państwo narodowy, a religia prywatny (w sekcie). Czy przeciw globalnemu kapitałowi ma walczyć globalne państwo, a nawet imperium, czy też należy przekształcić sam kapitalizm, wprowadzić demokrację nie tylko do polityki, ale i kapitału (czy kościoła, co w naszym także zaniedbano), aby zapanowała we wszystkich wymiarach życia w miejsce trój-panowania, jako wstęp do samorządności i wolności?! Może wyjściem jest alternatywa, rodzaj autarkii, samoobsługa w trzech wymiarach, jeśli społeczeństwo demokracji ekonomicznej nie zechce i nie wywalczy (wersja zdesocjalizowana), albo jako model w przyszłości, zamiast centralizmu (wersja zsocjalizowana). Nie podoba mi się demokracja totalitarna – na skalę globalną nie będzie już możliwa demokracja nie tylko bezpośrednia, ale i klasyczna parlamentarna, będą rządzić media, czyli kapitał, który za nimi stoi, lub ruchy i partie totalitarne, bo tylko takie na wielką skalę są w stanie zmobilizować masy. A jeśli ktoś wierzy w walkę klas, winien postawić na nią w klasowej – a nie politycznej – formie, jako czysty syndykalizm, którego nie da się w parlamencie rozmienić na drobne (dziś jednak nawet syndykaliści z „Sierpnia'80” idą w politykę jako PPP). Nie powinien walczyć o lepsze państwo, a o przejęcie zakładów przez robotników, tak jak marzyło się „Solidarności”, tej prawdziwej z 1981 r. (tu wzorem Osta i niektórych jego recenzentów próbuję upiec swoją pieczeń na koszt wyobrażonego procesu społecznego). Ost chciałby połączyć sprawy społeczne z liberalizmem nie tylko politycznym, ale i kulturowym. Remik Okraska w recenzji tegoż w „Obywatelu” wolałby umiar w sprawach obyczajowych, w pewnym momencie mieszając tradycjonalizm z poczuciem wspólnoty, tak jakby nie mogła istnieć wspólnota postępowa, otwarta. Dla mnie walka klas winna łączyć się z budowaniem alternatywy, samorządną rzeczpospolitą jako wyjściem poza system – pewne jest jedno, nie idzie o sam interes, idzie także o wartości, którym ma to służyć, bo nie samym chlebem żyje człowiek, choć bez niego umiera.

Nie będę tu relacjonował szczegółowo wywodu Osta na temat dziejów „Solidarności” w III RP, polemizował z licznymi nieporozumieniami i błędami, jakie tam zauważyłem (ani rozważał kwestii pobocznych, co robiłem w notatkach pisanych na bieżąco), czy bawił się przewrotnością historii, która każe inaczej spojrzeć na wiele spraw, bo jak np. w tym schemacie zmieścić wspólny start w wyborach Millera, Wrzodaka i Ikonowicza z listy Leppera? W sumie lektura Osta (niezła cegła, ponad 400 stron druku) była warta zachodu (dziękuję redakcji za zwrócenie mi na nią uwagi i podrzucenie egzemplarza książki), bo nawet tam, gdzie się z nim nie zgadzam, inspirowała do własnych przemyśleń. Wiele rzeczy znanych mi przypomniała, o wielu dowiedziałem się więcej (a młodsi dowiedzą się o nich po raz pierwszy w ogóle). Nawet obsesja modelowania faktów, wciskania ich w, z góry przyjęty, schemat ma swoje zalety, pozwala się bowiem przyjrzeć historii w sposób bardziej systematyczny (różnicę widać, gdy czyta się np. wywiad z Ostem w „Obywatelu”, gdzie mówi on o tym bardziej po ludzku, bez obciążenia ideologią w stylu obecnym w samej pracy).

Jednocześnie są rzeczy, które w pracy może mnie nie irytują, ale sprawiają poważny niedosyt i każą wątpić w teorię autora jako źródło w pełni poprawnego wyjaśnienia tego, co u nas zaszło (w pewnym momencie wątpi w siebie nawet sam autor, choć idzie mu raczej o to, czy z tego, że tak być powinno, wynika od razu to, że tak być może i że da się na tym oprzeć jakąś praktykę). Podsumowując, Ost nigdzie nie wyjaśnia przyczyny wolty liberałów, ani ogólnego zwrotu w prawo, a przecież nie/wyrażony przez nich gniew mas mógłby owocować lewacką rewoltą, a nie tylko reakcją radykalnej prawicy. Brak w książce także odpowiedzi, dlaczego nie walczyć o całość – zamiast egoizmu klasowego o społeczeństwo robotników przekraczających alienację pracy, ale i polityki czy kultury – dlaczego to nie wypaliło i dlaczego, zamiast samorządnej rzeczypospolitej, przyszedł rynek? Ost sądzi, że należy odnaleźć się w kapitalizmie, którego główną cechą jest alienacja, wykluczenie rodzące gniew. Należy go wyrażać w sposób klasowy (a nie w postaci kulturowo-politycznego wykluczenia obcych-innych), ale nie ma możliwości jego usunięcia. Czy to przekonanie i uchylenie się odpowiedziom na powyższe pytania nie jest próbą Osta, który chce im (czy nam, czytelnikom) sprzedać jego (inteligenta) walkę o demokrację zamiast wywalczenia fabryk dla siebie, co rozwiązałoby ich (robotników) problem alienacji pracy, a zatem taką samą reakcją przeciw rynkowi, jak ta w wykonaniu prawicy, która zamiast rozwijać historię ku wolności (samorządności) próbuje ją cofnąć z poziomu rynku wstecz (do poziomu państwa – a w wypadku fundamentalistów – i kościoła)?! To oczywiście nie musi być żaden spisek autora, to może mu się po prostu dziać. Być może autor nie pisze tego świadomie dla manipulacji, bo tak mu podpowiada jego własny interes, bowiem jest nieświadomy motywacji swych postaw i działań, ale... nawet wówczas ktoś jest zawsze ich autorem, ktoś za nie odpowiada, bo nic nie dzieje się samo z siebie, niejako „ponad naszymi głowami”, jeśli my sami na to nie pozwalamy...


David Ost "Klęska Solidarności. Gniew i polityka w postkomunistycznej Europie”, Warszawskie Wydawnictwo Literackie MUZA SA, Warszawa 2007, s. 425.

Artykuł opublikowany w 6 numerze Przeglądu Anarchistycznego
Więcej o autorze: Janusz P. Waluszko


Artykuł aktualizowany: 16.11.2009

Janusz "Jany" Waluszko

Janusz "Jany" Waluszko (ur. 1962) - działacz społeczny i publicysta prasy niezależnej, współtwórca Ruchu Społeczeństwa Alternatywnego i Federacji Anarchistycznej. Jest arianinem. W latach 80. działacz podziemia antykomunistycznego, jeden z głównych animatorów ówczesnego polskiego anarchizmu.

Zajmuje się takimi tematami jak m.in. wolnościowe aspekty sarmatyzmu oraz miasto jako środowisko naturalne współczesnego człowieka. Autor kilku prac (RSA, Sopot 1992, Sarmacja, Mielec 2000 oraz Moje Miasto, Gdańsk 2002, praca napisana wspólnie z ponad 40 innym autorami) i wielu artykułów publikowanych m.in. w Mać Pariadce, Magazynie "Obywatel" i Innym Świecie.

Pełnił funkcję redaktora "pism ulotnych": Gilotyna, Homek, Ulica, LaBestia. Od 1978 do dziś tworzy "pismo pojedyncze" o nazwie NIErząd.

Na podstawie Wikipedia